Przygoda na rejsie

W początkowych dniach maja przyszył od Manfreda list, kiedyś obiecałaś Jochanowi rejs, jest szansa, abyś tę obietnice spełniła. Faktycznie, kiedyś Manfred zaprowadził mnie do klubu żeglarskiego, miałam posłuchać szant. Tam okazało się, że znam się na żeglarstwie, co wszystkich zaskoczyło. Przy którymś z następnych spotkań Jochan zaproponował, abym popłynęła z nim w rejs. Odpowiedziałam, że z przyjemnością, kiedy będzie odpowiedni moment. No, więc teraz przyszła taka propozycja.

Podczas wymiany korespondencji okazało się, że na jednej z uczelni w Hamburgu jest Wydział Wychowania Fizycznego, a w ramach tego Wydziału specjalizacja żeglarstwo. Po czwartym roku, aby otrzymać ocenę bardzo dobrą trzeba było mieć zdany egzamin na sternika jachtowego, a aby zdać taki egzamin, trzeba było mieć wypływanych odpowiednią ilość mil morskich. Uczelnia dofinansowywała taki rejs, ale studenci musieli go sobie zorganizować. Tym sposobem trafili do Jochana, który miał uprawnienia kapitańskie, ale również dysponował odpowiednim jachtem. Dlatego Jochan wymyślił, że weźmie na jacht sześciu studentów, on siódmy, kapitan, a ponieważ jacht ma osiem koi, na jedną weźmie mnie. Taki rejs miał trwać dwa tygodnie, od niedzieli – 18.06 do soboty -29.06.2001r. Propozycja była kusząca, bo lubię pływać, ale było też zagrożenie – siedmiu mężczyzn. Po krótkiej analizie stwierdziłam, że takie ryzyko mogę podjąć. Przyleciałam do Hamburga już w piątek od razu zamustrowałam się na łódce. Załoga miała stawić się w sobotę do 18-tej. Życie na jachcie toczy się wg ustalonych norm, które nazywają się wachtami. Pierwsza wachta zawsze zaczyna się o godz. 06:00.

Następne, co cztery godziny, 1800, 1800, 1800, 2200, 0200. Następna powinna być o szóstej rano, ale wówczas załoga przypisana do konkretnej wachty miała by służbę zawsze o tych samych godzinach. Dlatego tę ostatnią wachtę dzieli się na dwie, do 0400 i do 06.00. Załogę dzieli się na trzy wachty, i każda wachta po kolei obejmuje służbę o odpowiedniej godzinie. Dlatego Jochan zdecydował się na sześciu studentów, bo można ich było podzielić na równe trzy zespoły dwuosobowe. Uzgodniliśmy z Jochanem, że ja i on mamy koję rufową, a załoga pozostałe, wg losowania. W sobotę rano poszłam jeszcze do miasta, pozałatwiać jakieś sprawy, zrobić jeszcze jakieś zakupy dla siebie. Przyszłam, była godzina dwunasta. Załoga była już w komplecie, rozlokowana po kojach, za chwilę mieli wyjść do miasta po zakupy na rejs. Jakież było ich zdziwienie, kiedy zobaczyli mnie wchodzącą na jacht. Było to sześciu młodych, nie powiem, dobrze zbudowanych mężczyzn, którzy bardzo pilnie mi się przyglądali. W pierwszej chwili pomyśleli, że jestem żoną Jochana. W tym momencie nie wyprowadzałam ich z błędu. Poszli, porobili wszystkie niezbędne zakupy i aby nie tracić czasu o godzinie 18-tej w sobotę, 18.06 wypłynęliśmy w rejs. Jochan ustalił trasę. Mięliśmy najpierw płynąć do portu Bergen w Norwegii. Jest to miasto w południowo-zachodniej Norwegii, nad Morzem Północnym. Największy port rybacki. Drugie co do wielkości i znaczenia miasto i port handlowy kraju. Dalsze opisywanie miasta i portu nie ma sensu. Na pobyt w mieście przewidziane były dwa – trzy dni, w zależności, jak dopłyniemy, zwiedzimy miasto i uzupełnimy zapasy na dalszą część rejsu. Z Bergen mieliśmy płynąć na Szetlandy. Tam tez postój dwu-trzydniowy i powrót do Hamburga. Ta trasa dawała wymaganą ilość mil, aby studenci mogli zdawać swój egzamin. No i teraz jakby ta część najważniejsza. Od początku rejsu ja objęłam funkcję kuka, czyli jachtowego kucharza. Po wypłynięciu z portu, trochę czasu to zabrało, ruszyliśmy na morze. Przyszła pierwsza noc, ja śpię z Jochanem. Podczas niej miałam z nim dwa zbliżenia. Ale wstał pierwszy już pełny dzień w morzu. Załoga już się wprawiła w swoje zadania. Na zmianę wachty o godzinie 18-tej Jochan, jako kapitan zwołał całą załogę do kokpitu. Ja na tą odprawę wyszłam praktycznie nago. Wówczas Jochan wyjaśnił, że nie jestem jego żoną, jestem członkiem załogi o obowiązkach kuka, ale poza tym to mam im „uprzyjemniać” czas rejsu. Ustaliliśmy, że na każdą zmianę wachty, od godz. 18-tej do 22-giej jestem do ich dyspozycji. Akurat o czternastej obejmowała służbę pierwsza wachta, więc mogłam się spotkać ze sternikiem drugiej wachty, o osiemnastej z drugim członkiem wachty i tak dalej. W pierwszej chwili potraktowali to jako żart, ale kiedy zbliżała się 18-ta i zaczęłam sternika zapraszać na swoją koję, zrozumieli, że to nie żart. Celowo nie zamknęłam drzwi, aby widzieli, co robimy. No i praktycznie na tym mogłabym zakończyć to opowiadanie. Bo o oznaczonych godzinach, już nie tylko na koi, ale również w kokpicie, a nawet na pokładzie odbywałam z nimi regularne zbliżenia. Dystans czasowy przerwy czterogodzinnej był na tyle duży, że spokojnie cipka odpoczywała.

Na początku byli trochę skrępowani, ale po jednym dniu już nabrali wprawy i nie było z nimi żadnych kłopotów. Było to sześciu młodych, dobrze zbudowanych mężczyzn z odpowiednimi pałkami, tak, że zbliżenia z nimi czułam zupełnie nieźle. Po 22-giej zamykałam się na koi z Jochanem i wówczas byłam jego, praktycznie odbywaliśmy po trzy zbliżenia. Przerwa w tej „zabawie” była tylko podczas postojów w portach, to też nie trwały one zbyt długo. Godne uwagi, jeżeli tak można to nazwać” jest zakończenie rejsu. Dopłynęliśmy do Hamburga 28 czerwca w piątek, około 18-tej. Żaden szanujący się żeglarz nie wypływa i nie kończy rejsu w piątek. Dlatego po sklarowaniu jachtu Jochan zarządził pożegnalną kolację, trwała ona do dziewiątej wieczór, a o dziewiątej powiedziałam chłopcom, że do jutra, czyli do soboty, do godziny dwunastej jestem ich bez ograniczeń. No i się zaczęło. Oczywiście pierwsza seria poszła błyskawicznie, ale później już było „normalnie”, po prostu musieli się regenerować i trwało to coraz dłużej. Ten wysiłek i trochę alkoholu spowodowało, że ostatni „padł” około drugiej w nocy. Ponownie zaczęli o ósmej, jak wyszłam z koi i tym razem dociągnęli do dwunastej. O dwunastej dostali dokumenty i opuścili jacht. Ale moja przygoda jeszcze się nie skończyła. Odpoczęłam do około 18-tej. Po 18-tej przyszło trzech kolegów Jochana, przynieśli trochę alkoholu, ja zrobiłam kolację z tego co zostało po studentach i zaczęła się rozmowa o minionym rejsie. Ale polegała ona na tym, że na początku, co jakiś czas ja z którymś szłam na swoją koję. Ale kiedy już się trochę rozochocili, to miałam z nimi zbliżenia gdzie popadło. Tak to trwało do dziewiątej rano. Muszę powiedzieć, że zakończenie rejsu bardziej mnie zmęczyło, niż cały dwutygodniowy rejs. Ale byłam z tego bardzo zadowolona. Na sam koniec cipka dostała to co lubi, dużo szybkiego i mocnego rżnięcia.